miał żółte plamy na podgardlu i w pachwinach przednich nóg.
Z domu wyszła stara babcia. Z rękami skrzyżowanymi na brzuchu patrzyła na martwego psa i kiwała głową.
- Zaczynamy! rzekła duża dziewczynka. I ty masz wieniec dorzuciła i spojrzała na niego. Nalle by się
tego nie spodziewał. Mieliśmy tylko takie, tak samo dobre, jak prawdziwe kwiaty.
Duże dziewczynki podniosły ręce i pokazały wielkanocny wieniec, dekorację gałązki wierzby przybrane
niebieskimi i żółtymi kokardami.
Ustawiły się za sankami, jedna obok drugiej.
- Ja będę ciągnął rzekł duży chłopak i złapał sznur.
- Nie, ja! i mniejszy się rozpłakał.
Chłopcy zaczęli sobie wyrywać sznur z ręki, sanki chyliły się i zwłoki ześliznęły się przez pokryty lodem kant
sanek na ziemię.
Tarmosicie tak to biedactwo - powiedziała duża dziewczynka.
Gdy chłopcy nie usłuchali, dziewczynka zawołała do stojącej na schodkach babci, że chłopcy szarpią.
- Ładnie ciągnijcie! Nie wolno szarpać - dobiegło ze schodków.
-Słyszycie ? powiedziały chórem wszystkie dziewczynki.
Duży chłopak speszył się i próbował się bronić.
On nic nie czuje, bo jest zamarznięty rzekł. Schwycił zmarłego za nogi, podniósł go i opuścił z powrotem na
sanki. Rozległo się głuche stuknięcie.
Popatrzcie! Jest zamrożony! Zamrożony na amen! Chłopcy chwycili za sznur i kondukt żałobny ruszył.
Wiatr powiał nad nim i porwał czerwone wstążki wieńca a dziewczynka, która dźwigała wieniec, podniosła
go jeszcze wyżej, trzymając w obu rękach. Kondukt schodził ze wzgórza minął saunę i studnię, dalej
zaczynał się głęboka szreń. Po drugiej stronie pola widać było wysoki świerk. Pod tym świerkiem będzie
pochowany Nalle mówili uczestnicy pogrzebu, zapadając się w głębokim śniegu.
Świerk pozwoli odszukać miejsce grobu, a kiedy nadejdzie wiosna, będziemy przynosili na grób kwiaty.
ponieważ był to poczciwy pies powtarzali słowa zasłyszane u dorosłych.
Szczekał na złodziei, siedział spokojnie w tyle łodzi, kiedy wyjeżdżano łowić ryby na wędkę. Na starość nie
złościł się.
Sanki żłobiły w szreni głębokie koleiny.
U stóp świerka wykopali w śniegu płytki dół. Kiedy był gotowy, chłopcy przechylili sanki, a gdy zmarły spadł
do dołu, wszyscy utkwili w nim wzrok, po chwili podnieśli głowy i spojrzeli po sobie.
- Żegnaj, Nalle zaczęła duża dziewczynka. Teraz przykryją cię śniegiem.
- Żegnaj, Nalle! powtórzyli inni.
Mały chłopiec rozglądał się niespokojnie i starał się zachowywać podobnie jak inni; widać było po nim, że jest
bliski płaczu.
Ale duży chłopiec kopnął szreń i śnieg prysnął na zmarłego.
- Nic nie słyszy, bo nie żyje.
Dziewczynki powiedziały, że jeżeli nie będzie się zachowywał jak trzeba, to niech się od razu zabiera do
domu. Tak rzekła ta, która była pastorem. Idź do domu i nie kop. Popatrzyła na chłopca tak groźnie, aż
tamten cofnął się mamrocząc:
- To nie twój pies.
- Ale i nie twój odpowiedział pastor.
- I wcale tu nie jesteś potrzebny. Zabieraj się stąd! Powiedziały dziewczynki.
Odwróciły się od chłopca plecami i zasypały grób. Kiedy Przyklepały grób na gładko, odezwała się ta, która
była Pastorem:
- Stańcie po drugiej stronie grobu i kiedy ja powiem: Módlcie się!", macie się modlić. A kiedy ja powiem: Z
prochu powstałeś", zgarniecie trochę śniegu i wyobrazicie sobie, że to ziemia.
I kiedy dam znak, rzucicie go na grób. I macie udawać, że płaczecie. Złożyła ręce do modlitwy.
Chyba to niepotrzebne. Przecie to tylko pies - rzekła duża dziewczynka głosem dorosłej osoby. Zaczęto się
naradzać, czy to potrzebne, czy też nie.
- Psy nie mają duszy - powiedział ktoś.
- Nie mają. Zwierzęta nie mają przekonywali pastora.
- W takim razie nie bawię się z wami i idę do domu jeśli nie pozwalacie mi robić wszystkiego, jak trzeba.
- A jeśli to grzech powiedziały duże dziewczynki złowieszczym głosem.
Dziewczynka-pastor usłyszawszy te słowa odwróciła się i rzekła:
Ja jestem pastorem, zawsze byłam pastorem i wiem co jest grzechem, a co nie. Dobre psy dostaną się łatwiej
do nieba niż źli ludzie.
Nie dostaną się powiedzieli inni.
W domu mi tak powiedzieli. Pytałam. Wierni zamilkli. Potem ktoś powiedział:
To grzech myśleć, że Nalle nie dostanie się do nieba. Tego przecież nie chcemy.
No właśnie powiedział pastor.
No, to robimy dalej rzekła duża dziewczynka i trąciła rękę chłopczyka, który trzymał siostrę za brreg
płaszcza.
Zaczęli śpiewać psalm. W powietrzu lutowym unosiły kłęby marznącej pary oddechów. Duże dziewczynki
śpiewały cieniutkimi głosami, pastor niskim, aż zdyszany zgubił melodię w środku psalmu. Mały chłopczyk
gromkim głosem śpiewał słowa, które podchwytywał ze śpiewu i przez cały czas pozostawał trochę w
tyle. Wszyscy patrzyli z pogardą na tego, który nie potrafił zachować się przyzwoicie, a tylko małpował i kopał,
i rzucał śnieg, wcale nie śpiewając.
Pastor rozpoczął modlitwy. Najpierw modlił się przez samą nabożność, ale później chciał dowieść, że nie na
próżno wybrano go pastorem. Gdy wierni zaczęli się wiercić, dziewczynka modliła się jakby na przekór, aby
pokazać, że słuchacze nie wytrzymują tyle, co ona, pastor. Wyrecytowała wszystkie modlitwy, jakie tylko
pamiętała.
- Slady zająca! Duży chłopak odwrócił się i patrzył uparcie w las.
- Slady zająca, z całą pewnością.
- Gdzie? Ja też z tobą. - Mały chłopczyk pobiegł za dużym, krzycząc, żeby go nie zostawiał.
- Jak nie to nie, kiedy chłopcy są tacy - dziewczynka-pastor patrzyła na dwie pozostałe.
- Przecież już byłaś pastorem rzekła duża dziewczynka. Zmarzły mi palce u nóg. Połóżmy wieńce i wracajmy
do domu.
Wetknęła gałązki wierzby w śnieg i zaczęła podskakiwać, żeby się rozgrzać. Niedługo potem dziewczynki
odeszły. Słyszała, jak dziewczynki wołały na nią jeszcze z drugiej strony pola, żeby przyszła na kawę.
Wszystkie głosy ucichły od dawna, ale ona w dalszym ciągu stała w tej samej pozycji, co przedtem. Poruszyła
nogą, poruszyła ręką i zobaczyła wieniec, który trzymała w rękach. Patrzyła na wetknięte pionowo gałązki
wierzby i pomyślała: bez wspominków, bez końcowego psalmu, Wszystko przerwane w środku.
Wieniec nie był już wieńcem, nie był niczym, opuściła go na śnieg. Przecież to nie był nasz pies, myślała.
Dookoła było cicho, słońce schowało się. Była sama w lesie. Ruszyła w drogę powrotną, szła prędko nie
oglądając się za siebie. Nie miała wszakże odwagi biec. Przy saunie zatrzymała się i pomyślała, że nie wejdzie
na podwórze, w każdym razie nie wejdzie do domu. Patrzyła na oblodzoną pompę studni, spojrzała przed
drzwi sieni i zobaczyła na szreni czarne kreski, drzazgi zweglonych głowni, które zgasły dopiero na szreni.
Palce jej zmarzły. Rękawiczki były zlodowaciałe. Dotknęła nosa, był zimny i mokry. Zziębły jej palce u nóg.
Kiedy otworzyła drzwi domu żałoby, zbierano już nacznie ze stołu, przy którm odbywała sie stypa.
Usiadła na ławce koło drzwi. Pośrodku stołu leżał na kwiecistym talerzu duży dziad z drożdżowego ciasta z
rozpostatarmi szeroko rękami i zakończonymi tępo nogami, jedna krótsza, druga dłuższa. Miał rodzynki zamiast
oczu i guzików.
Spojrzała najpierw na drzwi kuchenne, za którymi słychać, że ktoś zmywa naczynie, i policzyła: pięć guzików,
oczy i nos. Razem osiem rodzynek. W miejscu ust, dziura. Ktoś wyciągnął palcem usta, choć to było
przeznaczone dla niej. A może spadło w piecu i spaliło się. Gdyby jadła dziada z rodzynkami jeśliby ją
poczęstowali zaczęłaby od nóg. Potem zjadłaby ręce. I przez cały czas patrzyłaby mu w oczy. Jadłaby go, a
wyglądałoby tak jakby był jeszcze cały, nawet wtedy, gdyby miał jeść tylko samą głowę.
Otworzyły się drzwi. Pomyślała: teraz.
Drzwi zamknęły się i chociaż wiedziała, co się stało w dalszym ciągu siedziała ze wzrokiem utkwionym przed
siebie i tylko serce waliło jej w piersiach. Przypomniała sobie, jak ręce schwyciły talerz i talerz przepłynął nad
jej głową. A na talerzu dziad z rodzynkami. Poszła do domu.
I dopiero na podwórzu u siebie poczuła, że ma nogi, puściła się biegiem, wpadła do sieni, szarpnęła drzwi. Stała
na progu w dalszym ciągu trzymając za klamkę i patrzyła przed siebie.
Nikt się nie odezwał. Czuła się zaskoczona: nic z tego nie zauważyli, co się stało z nią, z ich dzieckiem.
Słyszała wprawdzie, że przemówili. Powiedzieli: Ach wraca już gość z pogrzebu".
Kazali opowiadać, jak się pogrzeb odbył. Podeszli do niej i kazali zdjąć płaszcz, a gdy nie zdejmowała,
rozgniewali się. Znowu zapytali, dlaczego nie zdejmuje płaszcza i czego stoi z taką miną, ze złymi oczami. Nie
dali kawy. Słowa padały z jej ust, jak kamienie, kórych ciężaru nie mogła już sama udźwignąć.
Uniosła głowę i spojrzała. Zobaczyła, że się śmieją.
- Co ona wygaduje? usłyszała ciotkę. Co ona wygaduje? powtórzyła ciotka i podeszła do niej.
- Biłaś się z chłopakami, czy co?
Wyszli. Została sama.
Kiedy drzwi zamknęły się z hukiem, ktoś zajrzał do izby, aby zobaczyć, czy to jakiś gość wszedł do izby, i
ujrzał przez okno, że dziecko z gołą głową wychodzi na nartach z podwórza. Zdziwił się, dokąd idzie. Przecież
już zmierzcha.
Była już za oborą, w przerwie między zabudowaniami. Śnieg sięgał jej do pasa. Dotarła do gumna, minęła
gumno, znalazła się na polanie. Wiatr wywiał śnieg z kolein na drodze. Ześliznęła się z oblodzonego przydróżka.
Upadła i uderzyła się ręką o ostry lód. ,,Nie dali kawy" powtarzała. Spostrzegła strużką krwi na wierzchu
dłoni. Nie dali kawy. Wykopię go" 'powtarzała głośno, a kijek wbijał się w zlodowaciały śnieg. Dotarła do
grobu.
Słychać było lekki szelest; wiatr uderzył o wstążki. Wstążki drgnęły i opadły. Jakby chciała ruszyć do ataku,
wyszczerzyła zęby, odpięła narty, ściągnęła wieniec z grobu i odrzuciła go.
Znieruchomiały gałązki świerku, ale ona wciąż patrzyła uparcie w kierunku odrzuconego wieńca.
Powoli odwróciła się, spojrzała na grób skoczyła, stanęła na grobie. Podskoczyła, podskoczyła jeszcze raz, i
jeszcze raz. Skakała coraz szybciej, a z jej ust wyrywało się to wycie, to śmiech. Niech zobaczą, niech przyjdą
popatrzeć na grób swego psa!" Machała rękami, jak w tańcu. Śnieg wirował, dostawał się we włosy i
nozdrza. Niech przyjdą, niech zobaczą, komu nie dali kawy!"
Jedna noga została w powietrzu, jakby ktoś złapał ją mocnym chwytem. I oto stoi chwilkę z pochylonym do
przodu korpusem, z rozszerzonymi oczami. Potem opuszcza wolno głowę i z ukosa patrzy w dół. Noga opada i
staje obok drugiej. Schodzi z grobu.
Ze śniegu wyjrzała czarna łapa. Dziewczynka utkwiła w niej wzrok.
Drgnęła, odwróciła się. Zdawało się, że się waha.
Doknęła łapy czubkiem buta, dotknęła jeszcze raz, kopiąc niemal i jednocześnie obejrzała się za siebie.
Spojrzała w bok, za siebie pochyliła się i zaczęła zgarniać śnieg rękami.
Czy to on? Ten sam? Jak teraz wygląda? Dalej zgarniała śnieg. Gołą ręką natknęła się na coś zimnego i twardego
Podniosła rękę, aby zakryć oczy; ale zupełnie jakby odrywał siłą rękę sprzed oczu i zmuszał do patrzenia.
Żółte koło. Jak pokryta szronem szyba w oknie. jego oko, tego, który był martwy i pochowany.
Ale to nie oko, to szkło. A przez nie ktoś na nią patrzy. Koło zaczęło rosnąć zbliżało się do niej coraz bardziej.
Chciała krzyczeć, ale nie mogła wydobyć z siebie krzyku. Pochyliła się zginając się w pół, ból wznosił się od
nóg do brzucha i do piersi. Rzuciła się do ucieczki.
Koło gumna po raz pierwszy otworzyła oczy szeroko i zobaczyła, że stoi przed gumnem. Zarys lasu na tle
wieczornej czerwieni to nie czarna koronka na obrusie stołu w salonie, lecz kije i miecze w rękach tych, którzy
za nią pędzą pochyleni. A chociaż drzewa przed nią i z boku były jeszcze drzewami, wiedziała, że kiedy je minie,
przyłączą się do pościgu.
Gdy dopadła do zabudowań, widziała, że sztachety ogrodzenia pochylają się, przebiegła na drugą stronę, a
później znowu przemknęła pod nimi i zobaczyła zabudowania, wiedziała, że ją widzą, ale nie przyjdą na pomoc,
tylko patrzą. Ale już była u końca zabudowań, ślady jej biegu rysowały się zygzakiem. Gdzieś po drodze zostały
narty jeden kijek. Z drugim w ręku weszła na podwórze, zdołała jeszcze otworzyć drzwi i zamknąć je.
Na ręce i twarz spływały krople tającego śniegu, zwilgotniałe włosy zobaczyła, że izba jest pusta, i zobaczyła
krąg światła lampy. Wcisnęła się w ciemny kąt.
Odpowiadając na pytania, zastanawiała się, kto to mówi jej głosem. Kiedy rozbierała się, ręce jej zatrzymywały
się w bezruchu, zastanawiała się: kto rozbiera, i kogo?
Pewnego razu spadła z bardzo wysoka, z wozu z sianem i leżała bez ruchu na szreni. Później pytała cichutko:
Czy ja umarłam?, a gdy jej powiedziano, że żyje, podniosła się i puściła się biegiem, poruszyła ręką i zdziwiła się:
rusza się, chociaż nie wie, czyje to jest.
Wieczorem następnego dnia powiedziano jej, że była wyjątkowo grzeczna i poczęstowano ją karmelkami.
Schowała rąkę za plecy i odwróciła wzrok. Gdy zapytano ją, dlaczego nie bierze, sięgnęła z wahaniem po jeden
karmelek. Gdy kazano wziąć drugi, wzięła prędko całą garść i wszystko włożyła od razu do ust.
A kiedy podeszła do okna, zdawało się, że się nad czymś zastanawia. Miała zdziwiony i chytry wyraz twarzy
Przełożyły
Cecylia Lewandowska, Natalia Baschmakaff
MARIA-LIISA VARTIO
POGRZEB
Dziecko obejrzało się, ale nie zobaczyło już miejsca gdzie stało na szreni przy drodze. Woźnica popędził
konia. Sanie szły pod górę.
- I pies zdechł - powiedział woźnica i naciągnąl futrzaną czapkę.- Tak - odpowiedziało dziecko.- Zdechł,
nikt go nie zabił - rzekł mężczyzna powtarzając to samo, czego przed chwilą dowiedział się od
dziecka.Wjechali już na wzgórze, skąd rozciągał się widok, na przeciwległą stronę jeziora. Nie był tam.
Zapatrzył się na pięć falujących linii, które źdżbła wychylające się z sań, rysowały na śniegu.
- Więc idziesz na pogrzeb.
- Tak - odpowiedziało dziecko. Po chwili poruszyło rękami i spojrzało w bok.
- Wspaniały wieniec- rzekł mężczyzna i zapytał czy go sama uwiła.
Nie, nie uwiła go. Ale sama chodziła po gałązki I znów jakby mimochodem poruszyła papierowe wstążki ;
zaszeleściły. Miała dziwne uczucie, siedzi sobie na saniach, jedzie na pogrzeb, ten człowiek nie minął jej, tak
jak inni, lecz zapytał, ile ma lat, jak ma na imię, i kazał wsiąść na sanie. A to dlatego pomyślało dziecko -
- wieniec.
- Więc jesteś pastorem - rzekł mężczyzna i ponaglił konia lejcami. Zapytał , czy ona potrafi być pastorem,
-Tak,potrafi. Opowiedziała, jak w lecie umarła babcia, a potem znaleziono z drugiej strony pola czarnego
dzięcioła, pogrzebali go, a ona była pastorem. Myszy i inne zwierzątka, ptaki chowano przez całą jesień.
Mówiła prędko, jednocześnie jeszcze mocniej naciągając rękawiczki, aby zakryć nadgarstki: pies to naturalnie
coś większego niż czarny dzięcioł, ale ponieważ już miała wprawę, dziewczynki, z których domu był pies,
poprosiły przez telefon, żeby była pastorem. Chociaż te dziewczynki są większe od niej, bo jedna ma przecież
trzynaście , a ona dopiero siedem, dodała.
Woźnica zatrzymał konia przed domem, gdzie miał się odbyć pogrzeb, dziecko wysiadło z sań, trzymając w
rękach wieniec.Na podwórku stało dwóch chłopców: większy, z sąsiedztwa miał dziesięć lat, mniejszy był z
tego domu, brat dziewczynek .
- Co to jest?
Odwróciła się plecami. Kiedy chłopcy obeszli ją, stanęli przed nią i powiedzieli, że i tak wiedzą, że to wieniec,
odwróciła się znowu i rzekła:
- Co to was obchodzi?
Nie będzie się kłóciła, nie będzie nic opowiadała tym chłopcom. W domu nauczono ją, jak należy zachować się
na pogrzebie. Stała przed drzwiami domu, odwrócona plecami do chłopców i czekała, aż się zacznie pogrzeb,
Podniesiono go ze śniegu za drwalnią i położono na sanki. Leżał sztywny. Na ogonie srebrzyły się grudki
śniegu. Dzieci otoczyły sanki kołem. Słońce świeciło prosto na ziemię . --
- Biedaczek Nalle - zaczęła duża dziewczynka i pogłaskała psa.
- Biedaczek Nalle - powtórzono chórem i pięć wełnianych rękawiczek ostrożnie dotknęło czarnej sierści. Pies