Tak mija parę tygodni, a pani Matson nie sypia już nocami. Budzi się co chwila, wstaje z łóżka i owinięta kołdrą siada w
bujaku i mruczy coś cicho pod nosem, patrzy na grę cieni na oknach, ze zdumieniem, jiiemal z zakłopotaniem. A we śnie
widzi Arnego, swego małego synka swego dużego dobrego chłopca. Nie pamięta już synowskiej niechęci i gniewu, jego
twardych słów. Nie, w pamięci Arne pozostał dla niej na zawsze dobry.
Zawsze był dobrym synem, nigdy nie powiedział matce złego słowa opowiada sąsiadkom, które czasem zbierają się na
pogawędki u niej w kuchni, żeby chwile odsapnąć. Pani Matson częstuje je kawą, stała się hojna, rozrzutna, kupuje ciastka i
nie miesza już do kawy cykorii. Arne wróci niedługo. Kobiety pytają ją, co też Arne robił w tej Ameryce, ale ona nic nie
wie, nie rozumie się na takich sprawach. Wygrzebuje skądsiś kilka listów, które przyszły w ciągu tych lat. Arne pisał to z
wyrębu lasów, to z budowy mostu, to z kopalni miedzi. Niespokojny duch, przewędrował cały ogromny kontynent.
Przodownikiem był, naturalnie, majstrem albo inżynierem, a może sam odkrył jakąś kopalnię... Sąsiadki szturchają się
nawzajem w bok i chichocą na schodach, Stara Matsonowa całkiem zwariowała.
A ona coraz częściej biega do portu, choć nie waży się nikomu do tego przyznać, łazi tam trzęsąc się na mrozie. Kylli bardzo
by się gniewała, beształaby ją głośno, gdyby się o tym dowiedziała. Pani Matson ogląda się bojaźliwie, ale czeka na syna. I
mija wieie tygodni, matka niepokoi się coraz bardziej, tyle było burz, może statek zatonął, Ameryka jest tak daleko.
Znowu musi pobiec do portu. Aż raz, późnym wieczorem, gdy już nie spodziewa się nikogo, nagle ktoś dzwoni do drzwi.
Na progu staje wysoki, obcy mężczyzna, pani Matson wpatruje się w niego mętnymi oczyma, jest coś znajomego w
postawie, w twarzy... Dotyka ręką serca.
To ty, Arne?
Tak, to ja.., Syn wchodzi do przedpokoju, zdejmuje wytartą jesionkę, stawia w kącie walizkę.
Matson biega po kuchni jak spłoszona kura, nogi plączą się pod nia, załamuje ręce, łzy zasłaniają jej oczy.
Arne, Arne, więc jednak przyjechałeś, jaka radość dla starej matki, wróciłeś do domu!
Twarz syna wychudła, rysy stwardniały, w kącikach ust kryje się gorycz, oczy biegają niespokojnie. Patrzy na brudną
kuchnię, nieświeża pościel cuchnie, wyraz odrazy pojawia się na jego obliczu. Patrzy na matkę, na wpół zwariowaną
staruszkę, patrzy, dławiony niechęcią.
- Znajdzie mama dla mnie coś do zjedzenia? Przyjechłem pociągiem z Abo...
Staruszka usiłuje zgotować kawy, przyrządza kanapki. Najchętniej pobiegłaby do sąsiadów coś pożyczyć, ale syn jej nie
pozwala. Wstydzi się, że jest głodny, rodzinne miasto wydaje mu się obce, instynktownie czuje, że i tutaj rządzi to samo
gorzkie, bezlitosne życie, które jak mur stanęło na przeszkodzie jego wysiłkom w obcym kraju. Nic nie pomogą, dom, we
wspomnieniach tak ciepły, jest tylko brudną norą, matka zbzikowana, siostra wroga. -
Niech mama da spokój.
Staruszka chce go uścisnąć, dotknąć policzków wyschniętymi wargami. Odsuwa ją szorstko od siebie. Nogi uginają się
pod nią, siada, nic nie rozumiejąc. Arne jest pewnie zmęczony, jutro, jutro zacznie się nowe życie.
- Mama pościeli dla mnie na podłodze...
Staruszka jest zdetonowana, przecież jej syn nie może tutaj spać, pójdzie naturalnie do eleganckiego hotelu i załatwi
wszystko stamtąd. Tu? Na podłodze?! patrzy na syna oszołomiona. Wszystko jest inaczej, niż się spodziewała, Arne nie ma
futra ani dużych waliz, może nawet nie przywiózł żadnego prezentu z zagranicy. Czuje, jakby coś w niej pękało, mąci jej
się w głowie. Coś tam jeszcze porządkuje obolałymi palcami, myśli o sąsiadkach, o dozorcy. Nie, lepiej nie myśleć! syn już
śpi na podłodze, ze zmęczoną, pełną goryczy twarzą.
Matka nie może zasnąć. Odczuwa jakiś dziwny lęk, zwątpienie wstaje w nocy, owija się kołdrą,siada na brzeżku krzesła
i kołysze wolno ciałem, mrucząc coś półgłosem do siebie. Ostatkiem sił czepia się swoich zwidzeń. Arne wrócił, jutro
zacznie się nowe życie. Arne to dobry syn, nie powie nigdy matce złego słowa...
A jest tak wychudła i lekka, że syn nie budzi się nawet gdy matka niemal bezszelestnie osuwa sięz krzesła i spada na podłogę
bez życia, niczym kłąb łachmanów.
Przełożył
Zygmunt Łanowski
Ale dręczy ją zbyt wielki niepokój, najpierw pójdzie jednak do portu. Zobaczy, czy statek przypadkiem już nie przyszedł.
Jedzie tramwajem, ale wsiadła do niewłaściwego wozu, spłoszona przesiada się na łeb na szyję, potykając się, a gdy po
omacku szuka pieniędzy, z otwartej torebki wysypują się monety, lecz ona tego nie widzi. A gdy SIĘ orientuje, wie, że ją
znowu okradli, wszyscy ją okradają, konduktorzy tramwajowi, ludzie, z którymi się styka, do-zorczyni, sublokatorzy,
którzy uciekają nie zapłaciwszy komornego, mieszkanie tonie w brudzie. Ale wraca Arne. Arne ukarze wszystkich, którzy
ją gnębili. Łzy płyną staruszce po zwiędłych policzkach, trzęsie się siwa, pochylona głowa.
W porcie wieje zimny wiatr, a przy nabrzeżu nie ma żadnych statków, jak okiem sięgnąć rozpościera się biała, skuta lodem
zatoka. Staruszkę ogarnia lęk. Jak ten amerykański liniowiec tutaj dopłynie, może ugrzązł gdzieś tam zamarznięty w
lodach? W końcu przypomina sobie, że istnieją przecież lodołamacze, które pomagają statkom dostać się do portu,
przeprowadzą go jakoś przez lody. Ale żadnego statku nie widać. Czeka mimo to, chodzi po nabrzeżu w zimnych
podmuchach wiatru, dumnie odpiera zdziwione spojrzenia napotkanych ludzi, czeka na swego syna. Dłonie i stopy
drętwieją jej z zimna, zaczynają dolegać schorowane nogi. Ogarnia ją rozczarowanie, nie ma chyba jeszcze nadziei na
przybycie, statek przyjdzie dopiero za kilka tygodni. A gdyby tak mimo wszystko pójść do Kylli, opowiedzieć...
Kylli jest w sklepie, za ladą, przed nią otwarte pudełka z pończochami, wygląda znudzona i zniecierpliwiona.
- Co się stało, mamo... Szefowa nie lubi jak mama przybiega do sklepu. Niech no mama nie robi głupstw i nie lata po takim
zimnie i marznie, tylko idzie do domu. Przyjdę znowu w niedzielę i posprzątam.
Pani Matson brak tchu, łapie się za serce. Wreszcie mówi na wpół szeptem, z rozwartymi oczyma, wilgotnymi od
szczęścia i niemal pozbawionymi wyrazu: " Arne wraca niedługo".
Kylli nie chce jej uwierzyć. Od tylu lat już przecież mama wciąż tylko o tym mówi. Wyobraża sobie, że jak Arne wróci do
domu, to wszystko się odmieni. Posyłała go do szkół, chciała, żeby studiował, Arne wziął pożyczkę i wstąpił na prawo, ale
okazał się wałkoniem, i kiedy nic z tych studiów nie wyszło, wyjechał w końcu do Ameryki. Kylli jest rozgoryczona na
brata.
- E tam, bzdury mama plecie...
- Nie, nie, Arne przysłał list, że już wkrótce przyjedzie.
Patrzy na córkę z triumfem, niemal karcąco. Lecz Kylli mówi kwaśno:
- Lepiej, żeby został tam, gdzie jest. Narobi tu tylko kłopotów, no i naturalnie trzeba będzie go utrzymywać. Niech już
mama idzie spokojnie do domu. Torebka znowu otwarta. Mama jest bez głowy, powinno się mamę wziąć pod kuratelę.
Pani Matson wraca do siebie. Jest bardzo zmęczona, jej wątłe ciało nie może już wszystkiemu podołać. A do jej radości
domieszała się kropla piołunu. Karmi się swoją fantazją, żyje tylko jedną myślą, mruczy cicho pod nosem, krzątając się po
mieszkaniu, rozpiera ją niespodziane szczęście. Wszystko będzie dobrze. Arne rna pieniądze. Arne jest wielkim panem.
Arne przyjedzie z pewnością w pięknym futrze, z wieloma walizkami, przywiezie matce jedwabną apaszkę i broszkę. Arne
to dobry syn.
Płyną dni. Pani Matson odgrzewa mleko i moczy suche skórki od chleba, żuje zimne kartofle. Jak Arne przyjedzie o,
wtedy gosposia będzie gotować dobre i smaczne dania pani Matson zasiądzie w fotelu na biegunach, w koronkowym
czepeczku, z ciepłą poduszką pod stopami. Dręczy ją niepokój, mimo osłabienia usiłuje sprzątać mieszkanie, wywleka
nabalkon pierzyny do wietrzenia, mętnymi oczami wypatuje po kątach i zamiata, kurz unosi się chmurą, przprawia ją o
kaszel, a po chwil znowu osiada na podłodze. Sublokatorzy wyśmiewają się z niej, a bywa, że i klną, gdy ich rano budzi,
żeby - wyobraźcie sobie- posprzątać.
MIKA WALTARI
ARNE WRACA DO DOMU
Jeden z sublokatorów, palacz kolejowy, wszedł do kuchni, rozczochrany i bez marynarki. Obojętnie rzucił na stół kopertę:
- Ma pani list. Pewnie od syna, bo znaczek amerykański.
Stara pani Matson porwała list zartretyzowanymi, drżącymi z niepokoju palcami. Podniosła go do mętnych oczu i
szydełkiem, otworzyła niezdarnie kopertę... Moje okulary, gdzie są moje okulary..." jąkała się, nie zauważywszy, że
sublokator już wyszedł. Szukała ich po omacku na stole, na krzesłach, obijając się w pośpiechu o komódkę. Znalazła je na
parapecie okna, włożyła niezgrabnie na nos, trzęsącymi się dłońmi chwyciła szkło powiększające i sylabizując odczytała
parę krótkich wierszy. Nie, nie odczuła ich zgryźliwego tonu, ukrytej w nich opryskliwości. Oczy jej rozszerzyły się,
złapała się za serce i niemal wykrzyknęła: Arne wraca!" Arne wraca..." powtórzyła ciszej jak gdyby zdumiona swoją
nagłą radością.
Potem opadła znów na krzesło kurczowo zaciskając dłonie, z oczyma pełnymi łez "dzięki Ci, dobry Boże, dzięki Ci,
dzięki!" Arne wraca do domu po blisko ośmiu latach, wszystko znowu będzie dobrze. Arne weźmie ją do siebie, Arne to
dobry syn, nigdy nie powiedział matce złego słowa.
Może to jednak nieprawda, może coś źle odczytała? Choć niechętnie, musi jednak pójść do pokoju sublokatorów.
Nie zwraca uwagi na nie posłane łóżko i brudne garnki na krzesłach. Może Yiljanen będzie taki dobry i przeczyta mi list, bo
ja prawie ślepa" prosi pokornie. Trudno jej wypuścić z rąk drogocenny list i oczy jej biegną za nim z zazdrosną
czułością. Ale to najprawdziwsza prawda Arne wraca do domu. Radość przenika staruszkę rozkosznym bólem,
przyprawia o drżenie kolan. Pani Matson musi na chwilę przysiąść.
Ale zaraz, spiesznie zawiązuje chustkę na głowie. Chce wyjść, opowiedzieć o radości, jaka ją spotkała, podzielić się z
wszystkimi swoim zwycięstwem. Żona dozorcy szoruje schody, nie usuwa jej się z drogi. Pani Matson prostuje grzbiet i
sztywno stąpając mówi tonem niemal oskarżycielskim: Mój syn wraca...
Jak wróci Arne, da nauczkę temu nicponiowi dozorcy i jego niedobrej żonie. Zawsze traktują ją tak bezczelnie,
twierdzą, że sublokatorzy się łajdaczą, i na zebraniach spółdzielni grożą jej eksmisją. Arne zabierze ją stąd do nowego,
pięknego mieszkania z parkietami, Arne poszuka dla niej służącej, która będzie słuchać jej poleceń i pokornie mówić:
Tak, proszę pani, zaraz, proszę pani!" Aha, i pani Matson spieszy się pewnie na statek?! Dozorczyni śmieje się
złośliwie opryskując jej stopy brudną wodą. Staruszka mija ją dumnie, szukając po omacku poręczy
schodów w mroku klatki schodowej. W sercu odzywa się niepokój, a może istotnie Arne przyjechał już do miasta,
może statek jego już wpłynął do portu i ona nie zdąży na powitanie. Za parę tygodni pisał wprawdzie Arne w liście, ale list
był przecież długo w drodze i niech się mama nie trudzi do przystani pisał ale przecież matka musi wyjść przywitać
swego jedynaka. Czy tylko zdąży to uczynić?
. Chciała najpierw pójść do córki, opowiedzieć nowinę, puścić w niepamięć rozgoryczenie, które wzbudza w niej
opryskliwość i szorstkość córki. O tak, gdy Arne wróci, powie Kylli kilka słów prawdy, dlaczegoś nie pomogła starej
matce - powie - nie odwiedzała jej częściej; Kylli twierdzi, że matka jest postrzelona, wstydzi się jej łaje ją. Teraz Arne
wraca do domu, trzeba Kylli o tym opowiedzieć.